Menu główne

Nadszedł czas na ostatnią część opowieści z podróży.

Ostatnie dwa dni spędziliśmy na Zante we czwórkę. Postanowiliśmy dotrzeć, gdzie nas nie było i wrócić, gdzie było nam najlepiej.

 

Nadszedł czas na ostatnią część opowieści z podróży. Co prawda było to już jakiś czas temu, ale za to teraz możemy w ten zimny dzień złapać ze zdjęć jeszcze trochę słońca i nadmorskich klimatów.

Ostatnie dwa dni spędziliśmy na Zante we czwórkę. Postanowiliśmy dotrzeć, gdzie nas nie było i wrócić, gdzie było nam najlepiej. Zrobić też to, czego do tej pory nie zrobiliśmy, czyli wstać na wschód słońca. Wietrzny poranek nie wystraszył nas i dane nam było nacieszyć się tym cudownym zjawiskiem.

 

 

Kolejnym punktem z planu było dotrzeć do Keri. Mały spacer po wybrzeżu i ruszamy do miasta. A tam duże zaskoczenie! W końcu znaleźliśmy typowy klimat z naszych wyobrażeń - małe, wąskie uliczki, białe domki oraz zaskakująca cisza i spokój. Pozwoliliśmy naszym nogom spontanicznie nieść się i dzięki temu trafiliśmy w niesamowite miejsce - małą tawernę z zapierającym dech w piersiach widokiem!

 

 

Miałyśmy już odpuścić sobie morski trip na żółwie Careta-Careta i puścić naszych chłopaków samych, ale dałyśmy się ponieść chwili i ich namowom. I tu uwaga! Jeśli jesteście na Zante i korzystacie z usług lokalnych naganiaczy wycieczkowych to możecie się rozczarować. Oczywiście sama morska podróż odbyła się z przyjemnymi widoczkami, ale powiedzmy sobie szczerze, po kilku dniach pływania w różne miejsca miałyśmy trochę dość. Yellow submarine z przeszkloną częścią podwodną kusił, ale zobaczyliśmy jedynie piach i kilka marnych wodorostów. Żółw znalazł się jeden na koniec wycieczki, kiedy to zniecierpliwieni turyści zaczęli groźnie pomrukiwać, szczególnie że sami organizatorzy "gwarantują" zobaczenie żółwia. No to faktycznie, jednego widzieliśmy, jak sobie smętnie płynął. Zaczęłam już przypuszczać, że być może jest to żółw oswojony, który specjalnie jest wypuszczany, żeby turyści nie robili zadymy ;) Ogólnie rzecz biorąc, sławne Careta-Careta, na pewno są, tylko jestem pewna, że aby je zobaczyć trzeba się zdać na prawdziwych specjalistów, którzy wiedzą gdzie, a co najważniejsza kiedy płynąć. Biorąc pod uwagę świetną organizację pozostałych wycieczek, być może warto było i tutaj zdać się na ekipę Zante Magic Tours. Z drugiej strony, jeśli one są pod ochroną i jest ich mało, to niech sobie gdzieś tam żyją bez natarczywego oka wakacjowiczów.

 

 

Ostatniego dnia wracamy na Dafni. To miejsce urzekło nas i właśnie tam chcieliśmy oddać się porannemu lenistwu. Potem jeszcze raz odwiedzamy plażę Crystal, bo tamtejsza tawerna zdobyła nasze kubki smakowe, a pora na obiad. I na sam koniec zwiedzania pora na stolicę Zakynthos, o tej samej nazwie. Kierujemy się za turystyczną mapą, ale Grecy nie przykładają zbyt wielkiej uwagi do oznaczeń. Kiedy więc kierując się nazwami ulic docieramy do szlaku, który prowadzić ma nas na wzgórze, przed naszymi oczami ukazuje się mała, leśna ścieżka wciśnięta tuż przy ogrodzeniu jednego z domów. Ekipa traci wiarę i chce się poddać nie wierząc, że to może być nasz szlak, ale ja postanawiam sama wspiąć się do góry. Zostawiam ich powoli wchodzących za mną i pędzę ku celowi. I już wiem, że to dobra trasa - widzę jeden z najpiękniejszych widoków na miasto. Zziajana reszta grupy dociera do mnie po chwili. Siadamy w kawiarence i podziwiamy krajobraz. Czas pędzi nieubłaganie i trzeba już wracać do hotelu, tym bardziej, że nie odpuścimy ostatniej sesji zdjęciowej na Banana Beach. Zante zostanie na zawsze w naszej pamięci!